… mnie! A może do kogoś innego? Hmmm niee… Ale przy okazji powie mi, że jestem leniem, bo nie chce mnie się pisać trzech osobnych wpisów z drobnymi opiniami na temat filmów, które widziałem w kinie. Trudno! To mój blog i moje zasady, więc jedziemy hopsiup!

Zacznijmy od Mission Impossible: Ghost Protocol, który nawet przed filmem mnie zaskoczył, gdy przeczytałem o wysokich ocenach jakie ten film otrzymał. Muszę się zgodzić z recenzentami wystawiającymi ósemki oraz dziewiątki, bo jest to bardzo dobre kino akcji. Tym bardziej, że fabuła nie jest głupia, ma sens i co najważniejsze – dobre i logiczne zakończenie. Efekty specjalne może nie zachwycały jakoś, aczkolwiek wyreżyserowane akcje, karambole, strzelaniny i sceny walk są na wysokim poziomie. Nawet znalazło się miejsce na kilka drobnych easter eggów dla fanów poprzednich części. Jest także trochę dawki humoru, głównie dzięki zawsze świetnemu Simonowi Pegg, który głównie jest znany z Shaun of the Dead oraz Hot Fuzz. Film jest godny polecenia, nie było ani jednego nudnego momentu. Dobre kino akcji, oby tak dalej.

Następnego dnia poszedłem z rodzicami oraz ciocią na Listy do M. Normalnie na taki film bym nie poszedł, chyba że dziewczyna by na mnie to wymusiła, ale skoro rodzice kupują bilety to czemu nie. Właśnie z takim podejściem wchodziłem na film, bo myślałem, że to będzie tradycyjna kiczowata polska komedia romantyczna. Nie macie pojęcia jak bardzo się myliłem… Po pierwsze i w sumie najbardziej zadziwiające dla mnie jest to, że to nie jest do końca komedia romantyczna. Co prawda jest tu więcej tej komedii niż romantyczności, ale to nie oznacza, że film się źle oglądało. Listy do M to bardziej taka polska interpretacja jakiejś wigilijnej opowieści, mówiącej o miłości, wartości rodziny oraz szczerości, która jest bardzo ważna, a brakuje jej zbyt często w naszym życiu. Największą rolę w tym filmie według mnie odegrały dzieciaki, które to własnie mnie najbardziej rozśmieszały, poruszały i sprawiały, że uśmiechałem się od ucha do ucha. Nie jest to film, który koniecznie trzeba obejrzeć, ale gdy będzie w telewizji to poświęćcie mu te półtorej godziny i obejrzyjcie, nie będziecie tego żałować.

A wczoraj byłem z rodzicami na Sherlock Holmes: A Game of Shadows. No i co moge powiedzieć… No cóż mogę innego powiedzieć niż to, że ten film jest równie niesamowity co pierwsza część… Nie, wróć! Jest lepszy, zdecydowanie lepszy. Może pierwsza część nie wbiła mnie się mocno w głowę i nie pamiętam jej aż tak dobrze, jednak wiem że uczucie po wyjściu z kina było o niebo lepsze przy tym sequelu niż u poprzedniej części. Humor genialny, ani jednej nudnej chwili, świetne sceny akcji, muzyka perfekcyjnie dopasowana do każdej sceny, a chemia między Sherlockiem, a Watsonem jest jeszcze lepsza, ostrzejsza i ciekawsza. Po prostu mistrzostwo! Na dodatek ten film ma  najlepsze ujęcia slow-motion jakie dotąd widziałem, te z Incepcji i Hurt Locker nie są równie imponujące, a przecież i tak robiły spore wrażenie. Jedyną rzeczą na którą mógłbym odrobinę narzekać to z lekka wciśnięta rola cyganki zagrana przez Noomi Rapace, która ma sens w samej fabule, ale potem w filmie wydaje się odrobinę niepotrzebną postacią. Oprócz tej małej rzeczy nie mogę zarzucić nic, a nic temu filmowi. Z tych trzech pozycji, ta jest zdecydowanie najlepsza. Bierzcie pieniądze i biegnijcie do kin, póki możecie. Musicie to zobaczyć, a jeżeli nie widzieliście pierwszej części to czym prędzej nadrabiajcie braki. Splendid job lads.

Zdrówko za kolejny świetny film *cyk!*

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s